wtorek, 19 kwietnia 2016

O tym jak pojechałem do Gdańska z Blablacar

Był 1 kwietnia i zbliżał się weekend, czas mi było odwiedzić Gdańsk. Dostać się tam postanowiłem jednym z wielu przejazdów oferowanych na Blablacar. Wybrałem Chryslera Voyagera, bo odpowiadała mi pora, samochód też mnie interesował, bo nigdy nim nie jechałem. Po dotarciu na miejsce startu okazało się, że samochód ma na oko 20 lat. Nie zraziłem się, bo przecież mógł być dopieszczoną przez właściciela perełką. Nawet nie domyślałem się jak bardzo byłem w błędzie.
Rzecz pierwsza: wygląd. Jak u tak wiekowych samochodach bywa tu i ówdzie były wgniecenia i jakieś parchy sugerujące, że pod lakierem zadomowiła się ruda szmata. Ale kto tam by się przejmował takimi drobnostkami, najważniejsza jest mechanika! Zdolności terenowe niewątpliwie podnosiło orurowanie z przodu i terenowe opony A/T. Wszak właściciel musiał dużo tym minivanem jeździć w terenie (i stąd zapewne te wgniecenia). Rzecz druga: silnik był na chodzie, a w środku nikogo. Przy samochodzie stały dwie dziewczyny, okazało się, że to koleżanki kierowcy, chyba z pracy. Pilnowały auta pod nieobecność właściciela, a silnik cały czas był włączony. Przez chwile pomyślałem, że to dlatego, że kierowca chciałby od razu wykorzystać najlepsze możliwości samochodu, a do tego potrzebny jest rozgrzany silnik. Jednak dopiero kiedy coś dziwnie zaczęło piszczeć pod maską dotarło do mnie, że powód może być zgoła inny. Po zajęciu miejsc okazało się, że pojazd jest w środku wielki jak autobus. Trzy rzędy, w każdy po dwa fotele, a komfort wszędzie taki sam. Jedyny mankament, to tapicerka niczym wykładzina dywanowa w domu starców - bardzo szorstka i bardzo beżowa. Delikatny zapach nigdy nie pranego wnętrza dopełniał wizerunku domu spokojnej starości. Między przednimi fotelami można było dostrzec przewody rozruchowe do akumulatora. Silnik na chodzie, kable pod ręką... Coś mi zaczynało świtać. niestety było już za późno na przemyślenia, bo ruszyliśmy! Z Warszawy wydostaliśmy się dosyć płynnie i po kilkunastu minutach już pruliśmy A2. Na początku pasażerowie byli dosyć rozgadani, lecz po osiągnięciu prędkości autostradowej rozmowy umilkły gdyż hałas nie pozwalał się porozumiewać inaczej niż krzykiem. Na hałas składało się kilka elementów. Pierwszą składową był szum wiatru. Samochód decyzją projektantów miał aerodynamikę kontenera z bananami, co sprawiało, że przecinał powietrze wywołując niesamowity szum w środku. Drugą składową był szum opon, które stworzone do bezdroży niestety dość nieśmiało czuły się na autostradzie. Trzecią, najbardziej irytującą składową było wycie silnika. Przy 100 na godzinę jeszcze dało się wytrzymać, ale że trasa przebiegała autostradami, to wskazówka prędkościomierza oscylowała częściej koło 140, więc hałas był znaczny. Ale prawdziwy huk zaczynał się podczas wyprzedzania. Skrzynia była automatyczna, 3 lub 4 biegowa i przy każdym, najdrobniejszym wciśnięciu pedału gazu zrzucała bieg na niższy, zmuszając silnik żeby wył jak zarzynany. Oczywiście efekt redukcji inny niż akustyczny był wyjątkowo mizerny (mam na myśli wzrost przyśpieszenia) i wg mnie przy tak wysokich obrotach mogliśmy spokojnie zostać przy najwyższym przełożeniu. Niestety komputer wiedział lepiej, a kierowca nie stronił od wyprzedzania kogo popadnie. Emocji dodawał fakt, że układ kierowniczy posiadał znaczące luzy, więc pomimo prostej drogi kierowca i tak majtał kierownicą jakby mijał niewidzialne pachołki.
Podstawowym paliwem był gaz. Niestety starczyło go jedynie na 200 km, więc pod Włocławkiem zajechaliśmy na stację. Dziesięciominutowa przerwa w sam raz na rozprostowanie kości. Niestety okazało się, że 10 minut to zbyt długo dla akumulatora, który wziął i zdechł. Muszę przyznać, że kierowca wykazał się bardzo dobrą organizacją, bo zaraz znalazł jakąś dobrą duszę i kable poszły w ruch. Nie minęły kolejne 2 minuty jak znowu byliśmy w trasie. Kierowca skwitował to krótko:
- Powinienem wywalić ten akumulator.
A ja pomyślałem sobie w głowie:
- Ludzie wymieniają akumulator jak im samochód po całej nocy na mrozie nie chce palić, a twój nie wytrzymał postoju na stacji benzynowej. To stawia cię w co najmniej niekorzystnym świetle!
Na szczęście więcej postojów już nie było i jakoś dojechaliśmy do Gdańska, gdzie wysiadłem na Matarni. Warto jeszcze wspomnieć, że w drogę powrotną pierwotnie również wybrałem blablacar, ale gdy kobieta zadzwoniła do mnie 3 godziny przed odjazdem i oznajmiła, że alternator się jej popsuł, to zdecydowałem się na stare, dobre PKP.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz