Na szczęście w EasyJet panuje internetowa samoobsługa, więc z drobną pomocą GoogleMaps odnalazłem Londyn i zarezerwowałem bilet, a w samolocie było miejsca na nogi mniej niż w trzecim rzędzie siedzeń w małym fiacie.
Pogoda nie zawiodła - zimny wiatr, ale przynajmniej nie padało.
Miejscówa do spania nazywała się St. Christopher's Village. Tani hostel z pubem na parterze.Obsługa młoda, dostosowana do klienteli. Krany angielskie, niedostosowane do ludzi ceniących sens i zdrowy rozsądek.
Pierwszego wieczora niewiele się działo. Byłem zmęczony po całym dniu w robocie i przydługiej podróży, więc skosztowałem Murphy's Stout, a po namowach współuczestników sprawdziłem jaki efekt na organizm wywierają osławione Jägerbombs. Okazało się, że efektem była wzmożona senność.
W sobotni poranek spędziłem znowu w tym samym pubie racząc się darmowym śniadaniem. Łatwo się domyśleć, że darmowe oznacza słabe - kawa/herbata, i tost z masłem/dżemem.
Atrakcja numer 1: St. Paul Cathedral. Zupełnie przypadkiem obok otwarto namiotowe miasteczko anarchistów z okazji zamiejscowego okupowania Wall Street.
Po wcześniej wspomnianym śniadaniu energi nie starczyło mi na długo, więc po doturlaniu się metrem do Covent Garden nawiedziliśmy pub The White Lion. Jedzenie angielskie, obsługa polska, wszyscy na potęgę zamawiali fish and chips, a ja wyłamując się ze schematu zażyczyłem sobie chargrilled chicken burger.
Muszę zaznaczyć, że w metrze czuje się bardzo swojsko. Pajęcze zmysły wytężone, nerwy napięte jak postronki, wszystkie wolne zasoby oddelegowane do pilnowania rzeczy osobistych przed nieuprawnionym dostępem. Niestety nie wszyscy uczestnicy wycieczki byli świadomi zagrożeń związanych z podróżowaniem środkami transportu masowego co ktoś niecnie wykorzystał krojąc jedną koleżankę z portfela.
Takie oto drzewo herbowe rodem ze Szwajcarii znajduje się na którymś z placów którego nazwa wyleciała mi z głowy. To był chyba ten plac z outletem M&M.
Widziałem pałac buckingham, picadilly circus, leicester square, palace of westminster wraz z big benem, downing street, trafalgar square, dużo policji...
"Dużo policji" znaczy: od groma. Wieczorem co chwila słychać było syreny i widać było furgonetki pełne policjantów. Chyba jakaś manifestacja gdzieś się odbywała, ale musiała być tak mała, że mi umknęła.
Wieczorem zwiedziłem kolejne puby w okolicy London Bridge poznając kolejne smaki wyspiarskich piw i burgerów.
Postanowiłem, że niedzielne śniadanie będzie śniadaniem angielskim. Zniżka w lokalnym pubie pozwoliła na zakup niskim kosztem dania składającego się z sadzonego jajka, kiełbaski, fasolki, paru grzybków, bekonu i krążka z kaszanki. Generalizując, można to określić jako dobrze wysmażony zawał serca skropiony HP sauce.

Pierwszym punktem sobotniej wycieczki był Tower of London - jakoś mi nie zaimponował, a cena biletu po zniżce wywołała pusty śmiech. Udałem się potem na Baker Street gdzie obejrzałem z zewnątrz dom Sherlocka Holmesa i zjadłem lunch w pubie "The Volunteer", w którym bez wątpienia stołował się fikcyjny detektyw (fish and chips, dostępny również na polskim wybrzeżu jako dorsz z frytkami). Następnie udaliśmy się do Museum of Science gdzie do znudzenia można było oglądać statki, samochody, silniki parowe, turbiny, rakiety, lądowniki księżycowe i pierwsze komputery. Po szybkim odświeżeniu się w hostelu udaliśmy się dość liczną grupą w rejon Tower Bridge. Znaleźliśmy tam włoską restaurację z przystępnymi cenami i nieziemskim widokiem. Przez wielką, szklaną ścianę można było zobaczyć z jednej strony H.S.M. Belfast, a z drugiej Tower Bridge w fioletowej iluminacji. Niestety zjedzona tam pizza nie nasyciła mnie w stopniu wystarczającym do kontynuowania pub crawlingu w zamierzonym, olimpijskim tempie dlatego w następnym lokalu "Horniman at Hay's" oprócz ale skonsumowałem też kolejnego burgera. Następnym lokalem na naszej drodze był "Bunch of Grapes", ale szynkarz nie ugościł nas na dłużej, bo właśnie zamykał interes. Potem był "St. Christopher's Inn", gdzie spotkałem starych znajomych z Baden, którzy już ukończyli staż i, razem, udaliśmy sie do "Belushi's" gdzie zakończyłem tę niedzielną eskapadę.
Poniedziałek opiszę w telegraficznym skrócie.
Łażenie wszędzie z tanią walizką z niemieckiego kauflandu.
The Globe.
Kawa i muffin (bułka z bekonem na ciepło).
Chodzenie.
Lunch - Gloucesterchire Sausages.
Ślamazarny marsz
Łażenie po parku Regent: wiewiórki, gęsi i czaple.
Wiewórki to był gwóźdź programu. Jadły z ręki i wspinały się na nogi natręty jedne. Podobno to gatunek inwazyjny.
Niemalże pełznięcie.
Ostatni Guinness w pubie i na lotnisko. W samolocie wybrałem sobie miejsce w pierwszym rzędzie, przynajmniej miejsca na nogi dużo.
Wygląda na to, że to była ostatnia wielka wycieczka. Następny wpis pewnie będzie już z Polski.