czwartek, 30 marca 2017

O tym jak prawie spóźniłem się na samolot

Przyjechałem na lotnisko już po zamknięciu bramek, bo miałem zaćmienie mózgowe i wyszedłem z roboty pół godziny za późno. Podczas kontroli bagażowej okazało się, że koleś przede mną miał w torbie nóż do tapet i 5 cennych minut zostało zmarnowane na wyjaśnianie obsłudze, że to tylko pusta rękojeść i że nie ma ostrzy. Wymigał się od przeszukiwania jam ciała na osobistej, ale ja byłem coraz bardziej spóźniony. Po kontroli złapałem walizkę pod pachę i puściłem się sprintem przez terminal. Moja bramka była na samym końcu, piętro niżej no bo jakże by inaczej. Zbiegłem ze schodów i kątem oka zobaczyłem, że nie ma już ani jednego pasażera i tylko obsługa czeka za biurkiem. Zdążyłem się tylko uśmiechnąć i wysapać:

"Przepraszamzaspoźnieniealefacetprzedemnąmiałwtorbienóżdotapet!"


Jedna z dziewczyn że zrezygnowaniem w oczach złapała radio i zawołała busa, druga sprawdziła kartę pokładową. Ta pierwsza powiedziała, że jeszcze 10 sekund i bym całował klamkę. Podczas podwózki do samolotu kierowca zdradził mi, że normalnie do Ryanaira spóźnialskich się nie podwozi, i że nie wie jak ja tam te dziewczyny przekonałem. Zaparkował tak, że miałem może z metr do schodów. Wszedłem na pokład, pokazałem kartę pokładową i pomachałem wszystkim obecnym pasażerom. Odpowiedziały mi zdziwione spojrzenia, a jeden hindus nawet powoli bił mi brawo jak przechodziłem. Tak oto udowodniłem, że do Ryanaira można wsiąść nawet na 10 minut przed startem.

poniedziałek, 24 października 2016

O tym jak upadło dziennikarstwo internetowe

Dziennikarstwa nie kończyłem, nigdy nie pisałem do gazety, a jedyny dziennikarz jakiego znam z imienia i nazwiska to Clark Kent, więc nie czuję w posiadaniu mandatu do narzekania na cokolwiek w tej sferze, ale ponownie zastosuję zasadę "nie znam się, ale wypowiem się".

Na pewno większość z was odwiedzała portale informacyjne lub podobne. Na pewno większość z was zaciekawiona nagłówkiem kliknęła na jeden, czy drugi artykuł. Dostarczyciele treści internetowych żyją z reklam. Reklamodawcy płacą za klikanie w ich reklamy, a twórcy dostają swoją działkę, której wysokość w ten czy inny sposób jest uzależniona od ilości kliknięć. Nie dziwi więc, że starają się zwabić klienta wszelkimi metodami. Stary numer z okraszeniem nagłówka miniaturą z cyckami działa tylko na połowę internautów, więc trzeba sięgnąć po bardziej chytre sposoby.


Najbardziej prymitywną formę przyjmują nagłówki internetowych wydań tabloidów, ale serwisy informacyjne nie pozostają w tyle. Nie wszystkim dziennikarzom jest dane pisać o prawdziwej sensacji, o której z chęcią przeczyta każdy, więc czemu by nie zmienić swojego miernego artykułu o dupie w prawdziwą sensację poprzez użycie chwytliwego nagłówka? Przecież chodzi tylko o kliknięcie, a to czy czytelnik doczyta do końca czy od razu jednym ruchem myszki zamknie nowo-otwartą stronę to już drugorzędna sprawa. Przykłady można mnożyć.



Po lekturze artykułu okazało się, że to po prostu bardzo droga naczepa w której przed zawodami inhalują się sportowcy. Ale zabrzmiało jakby odkryli tonę koksu i anabolików. Bo miało tak zabrzmieć. "Udany powrót znanego polskiego boksera". O kurde, no to chyba Gołota albo chociaż Michalczewski, no nie? Zresztą więcej bokserów nie znam. Niestety, to tylko Krzysztof Zimnoch. I to nie wraca bynajmniej z pięściarskiej emerytury, tylko po 5 miesiącach od ostatniej walki. No to już znam jednego boksera więcej.

Bardziej urągającą dziennikarstwu techniką jest zabawa z tekstem. Wiadomo, im więcej wykrzykników tym artykuł bardziej gorący - "Skoda Superb ma już 15 lat!" Rzeczywiście. Niewiarygodne. Ale tak to mogą amatorzy pisać. Profesjonaliści mają chody u grafików, którzy walną kolorowy nagłówek na pół szpalty. Ale jesteśmy w internecie i jedyne co mamy dostępne to czarny tekst na białym tle w jednym rozmiarze. Nic nie szkodzi, bo mamy caps lock. Chyba jest jakiś zakaz pisania całego nagłówka capsem, ale często widzę, że poszczególne słowa przechodzą taką terapie i widzimy wtedy taki efekt: 



Czasami mam wrażenie, że dobór słów pisanych wielkimi literami jest całkowicie losowy i to po prostu jakiś glicz w Wordzie.

Inną sprawą jest ordynarny clickbait. Nagłówek praktycznie nic nie mówi o co chodzi, czasem ciężko stwierdzić o czym w ogóle będzie artykuł, ale użyta składnia sugeruje sensację i jedynym sposobem, żeby zaspokoić ciekawość jest kliknięcie w link: "Napił się wody i poparzył przełyk. Wiadomo, co było w butelce", "SZOK! Krzewy na cmentarzu mają kształt... [ZOBACZ]". Autor wie, że artykuł jest słaby, news raczej denny, ale kliki pozwalają mu spłacać kredyt, więc rozbudzi twoją ciekawość w każdy możliwy sposób.


Jest jeszcze jedna, dziwna technika, mianowicie dodawanie na końcu nagłówka haseł zamkniętych w nawiasy kwadratowe: "Galeria Metropolia w Gdańsku i peron SKM już otwarte [ZDJĘCIA]", "16-latek zbudował sondę i wysłał ją do stratosfery [WIDEO]", "Chylińska FOREVER! Warszawa podbita! [RELACJA Z KONCERTU]". Tutaj szczerze przyznam, że nie wiem o co chodzi. Czy to jakiś chochlik drukarski - notatka do samego siebie, którą przed wysłaniem zapomniano usunąć albo tagi nadawane w redakcji, żeby skatalogować artykuły? Może po prostu autor zdał sobie sprawę, że tak zagalopował się z koloryzowaniem nagłówka, że już nikt nie będzie wiedział o czym jest jego artykuł, więc dodał krótkie hasło na końcu, żeby czytelnik wiedział czego się spodziewać? [NIE WIEM O CO CHODZI]


Kiedyś, jak chodziłem do podstawówki, to uczono mnie żebym wysławiał się pełnymi zdaniami czyli nie zapominał o orzeczeniu. "Jerzy Stuhr ostro o Jarosławie Kaczyńskim: Hitler też miał tę umiejętność. Wiedział, jak od siebie uzależnić" - Ok, tu akurat jestem w stanie zrozumieć, że równoważnik zdania jeszcze nie wywołuje u korektora ataku wściekłości, poza tym Jerzy Stuhr ratuje ten nagłówek dodając od siebie brakujące orzeczenia. Ale co poniżej się wydziwia, to ja nawet nie będę się starał zgadywać.



W sposób opisany powyżej postępują internetowe portale i tabloidy, które żyją sensacją i wiedzą, że bez odsłon reklamodawca przestanie płacić, ale co z renomowanymi redakcjami, o długiej historii jako medium papierowe odkrywające dopiero dobrodziejstwa internetu? Na papierze jako tako trzymają poziom, ale w sieci dzieje się coraz gorzej. Po pierwsze do prowadzenia fanpejdża na fejsbuku zatrudniają chyba gimnazjalistów, oto przykład:



Niewiele brakuje a będą się pytali o stosunek czytelnika do nowej kreacji Małgorzaty Rozenek (raczej ambiwalentny). Nie polubiłem RP.pl dlatego, że interesuje mnie opinia innych czytelników, tylko dlatego, że doceniam rzetelną informację. Do tego dochodzi coraz częstsze stawianie w nagłówku pytań "tak" albo "nie":


Tu znowu Rzeczpospolita. O dziwo nie jestem pierwszym, który ubolewa nad taką konstrukcją, bo niejaki Betteridge opracował nawet prawo na ten temat (Prawo nagłówków Betteridge'a). W skrócie chodzi o to, że na pytania tak/nie postawione w nagłówku najczęstszą odpowiedzią jest 'nie', i to się sprawdza. Widząc taki nagłówek od razu udzielamy sobie prawidłowej odpowiedzi 'nie' i olewamy ten link i nie marnujemy czasu.

Czas na wnioski. Czy dziennikarze mają nas za debili? Czy ja jestem przewrażliwiony i czepiam się czego popadnie? A może ta cała sytuacja ma inne źródło? W czasach kiedy treści przelatują nam przed oczami na ekranach telefonów i komputerów przykucie uwagi czytelnika choćby na kilka sekund i wyżebranie jednego klika jest na wagę złota. Dostawcy newsów po prostu dostosowali się do rzeczywistości, w której papier jako nośnik informacji odchodzi do lamusa. Czytelnik coraz rzadziej płaci za treść w kiosku Ruchu, a rolę płatnika bierze na siebie reklamodawca. Czy powinniśmy się dziwić, że taka czy inna redakcja zrobi wszystko żeby ich produkt kliknęło jak najwięcej ludzi? Ta walka o konsumenta to walka o przetrwanie, a jak wiemy walkę o przetrwanie wygrywają najlepiej dostosowani.

wtorek, 11 października 2016

O tym jak kupowałem masło

Czy ja przegapiłem jakiś nius o wprowadzeniu nowych przepisów unijnych ujednolicających nadruk na opakowaniu masła? Większość kostek jest złota na brzegach, niebieska w środku i ma nadrukowaną obowiązkową drewnianą kankę z wylewającym się, bieluśkim mlekiem. Leżące na półce w sklepie opakowania dają się odróżnić jedynie po kodzie kreskowym. 
Nic dziwnego, że się kiedyś nabrałem i kupiłem „Mlemix” o zawartości 30% tłuszczu mlecznego i, jeśli dobrze pamiętam matematykę, 70% innego lepiszcza. Całość, nawet ciepła, kroiła się jak ciasto z kruszonką, a odłupane fragmenty lepiły się do noża jakby były posmarowane klejem. Po dogłębnym przestudiowaniu zawartości sklepowej chłodziarki muszę rozbudować swoją tezę. Reszta producentów poszła w kolor niebieski. No chyba, że mowa o maśle osełkowym, to wtedy niezbędny jest półprzeźroczysty, woskowany papier, który krzyczy z półki, że na własnych kolanach pakowała je kurpiowska baba.
W tym miejscu nasuwają się kolejne pytania. Kogo kopiują wszyscy producenci masła? Kto pierwszy zrobił złoto-niebieskie opakowanie? Gdzie jest ta mityczna kostka masła której wspomnienie podprogowo oddziałuje na kolejne pokolenia Polaków? No gdzie?




poniedziałek, 3 października 2016

O tym jak obejrzałem co TVN i TVP ma do powiedzenia na temat czarnego protestu i projektu zaostrzenia prawa aborcyjnego

Wypowiem się z pozycji kosmity, który rozmnaża się partenogenetycznie z przemianą pokoleń i całą swoją wiedzę o problemie czerpie z TVP i TVN, bo sygnał tylko tych dwóch telewizji dociera na jego planetę.
03-10-2016
Fakty TVN
Reportaż o czarnym proteście na pierwszym miejscu. Przedstawiono motywy protestujących od pozostawienia prawa w obecnym kształcie do liberalizacji, pokazano 2 urzędy z czynnym tylko jednym okienkiem i zamkniętą restaurację, gdzie większość zatrudnionych to kobiety. Przez chwile mignął Biedroń i pokazano Żebrowskiego stojącego na kasie w swoim teatrze. Następnie 30 sekundowe wspomnienie o białym proteście, w którym przedstawiono materiał z kościoła, gdzie stare babki zakładają białe szaliki i wypowiedź księdza mówiącego cywilizacji śmierci. Pokazano też protesty poza granicami kraju. Przytoczono jeszcze wypowiedź ministra spraw zagranicznych o protestujących „Niech się bawią” i innych polityków, którzy akurat wspierają czarny protest. Wspomniano, że PiS ma teraz kłopot i że być może pracuje nad innym, bardziej kompromisowym projektem. Łącznie 7 i pół minuty.
Wiadomości TVP
Najpierw afera mejlowa w trybunale konstytucyjnym. Następnie w materiale o czarnym proteście przytoczono wypowiedzi osób prawie wyłącznie popierających aborcję na żądanie, do tego dodano wypowiedź jakiejś chyba znanej, bo przedstawionej z imienia i nazwiska, starszej kobiety związanej z pudelkiem o tym, że jak projekt zaostrzający wejdzie w życie to będzie się rodziła kupa bękartów z wadami. Nie zabrakło też krytycznej wypowiedzi o pracownikach Gazety Wyborczej. Potem pokazano reportaż o białym proteście, wypowiedź kobiety, która stwierdziła, że słowo „ogólnopolski” w haśle „Ogólnopolski strajk kobiet” to uogólnienie, przytoczono facebookowe statystyki i ukazano tłumy w kościele wraz z księdzem grzmiącym o piekle na ziemi. Zwrócono też uwagę na upolitycznienie protestu, że projekt jest obywatelski, i że partia rządząca nie ma z tym nic wspólnego. Na koniec wspomniano o wsparciu dla czarnego marszu środowisk szkolnych i akademickich i wyrażono troskę o to, że do marszu zapędzono młodzież gimnazjalną co skomentował jakiś brodaty pedagog, że dzieci będą teraz chodzić na marsze zamiast uczyć się trygonometrii. Łącznie 6 minut.
Moja ocena jako kosmity jest następująca.
Dwa, skrajnie różne od siebie reportaże wskazują na brak obiektywizmu każdego z nich. Widzowie oglądający tylko jedną stację są poddawani praniu mózgów bez możliwości wyrobienia własnego zdania. Tak, TVN ma racje, gdy słowami ludzi z reportażu mówi o zapędzeniu PiSu w kozi róg i narażeniu się biernym i niezdecydowanym wyborcom o liberalnych zapędach.
Tak, TVP ma rację mówiąc o upolitycznieniu protestu i wykorzystaniu tysięcy ludzi do gry politycznej, w której najwięcej może ugrać gracz z drugiego miejsca w sondażach. Ale żadna telewizja nie powiedziała obu tych rzeczy jednocześnie i wprost. Wniosek z tego nasuwa się sam. Wy ziemianie jesteście tylko pionkiem w grze o najwyższą stawkę – władzę w kraju i władzę nad waszymi umysłami.

wtorek, 13 września 2016

O tym jak PKP wydymało mnie

W przeddzień długiego weekendu (Boże Ciało w 2015) postanowiłem razem z PKP zbadać granicę absurdu. Uważałem się za doświadczonego badacza i niejedną granicę przekroczyłem w swojej karierze, ale rewelacje dzisiejszego dnia każą mi zrewidować mój światopogląd. Posłuchajcie...
Na zewnątrz mamy piękny dzień. Termometr pokazuje 30 stopni. Siedzę sobie w pierwszej klasie Pendolino i z przyjemnością obserwuję mijany krajobraz pławiąc się w bizantyjskich luksusach, a klimatyzacja muskałaby moja twarz chłodnym powiewiem gdyby tylko działała. Ale nie działa. Jest gorąco jak w piekarniku, a okna się nie otwierają. Jeszcze żaden konduktor nie pojawił się w polu widzenia, ale nie przewiduję wyrozumiałej reakcji pasażerów. Z rozrzewnieniem wspominam czasy kiedy w TLK gdzieś pomiędzy Elblągiem a Gdańskiem zimową porą lód osadzał się na szybie od wewnątrz, a odmrożenie miło łaskotało palce u stóp. W międzyczasie spokojnie oczekuję udaru cieplnego, żeby mieć podstawę do wysokiego odszkodowania, o zwrocie kosztów nie wspominając. Pozdrowienia z 1 klasy Express Intercity Premium!

O tym jak wydymałem PKP

Nastawiłem sobie budzik na 00:55, żeby jak tylko wybije 1 w nocy móc zakupić bilet na Pendolino po promocyjnej cenie od razu kiedy tylko uruchomią sprzedaż (30 dni wyprzedzenia). Interesował mnie przejazd w niedziele wieczorem. Odświeżam, odświeżam i jest! Przejazdy zmieniły kolor z szarych bloczków na niebieskie, co oznacza, że można kupić bilet. Ale zaraz, na TLK i owszem, można, ale na InterCity Premium jeszcze nie można - proszą żeby odczekać 20 sekund. Prosili tak przez kilka minut i w końcu o 01:04 mogłem wybrać bilet w zabójczej cenie 49 zł. Ale zaraz! Zapomniałem, że ustawiłem drugą klasę. Wróóóć! Skoro wstałem w środku nocy żeby kupić tańszy bilet, to nie będę jeździł 2 klasą jak jakiś plebejusz - stać mnie! Wybieramy jeszcze raz... 1 klasa... Kupuj! Co? 224 zł? Kiedyś było 69 zł. No nic, klikam "Powrót" i już niech będzie ta 2 klasa. A tu co? 102 zł? Przecież widziałem na własne oczy, że przed chwilą było 49! Czyżby już studenciaki wszystko wykupiły? Która godzina? 01:05... No nieźle - wykończyli pule najtańszych biletów w minute. Trudno. Zamiast o 19 pojadę o 16, jeszcze są bilety po 49 zł. Ok, kupione i zapłacone. Ale zaraz, udostępnili jakąś nowa opcję "Wymień" w panelu z opłaconymi biletami. A co mi tam, "Wymieniam". Szukam tego przejazdu o 19, właściwie to bez przekonania - nie robiłem sobie żadnych nadziei. I co? Do ch.. Wacława! Jest! 49zł. Szybko! 2 klasa, "Dalej", "Kupuje i płace", mam! Nie ze mną te numery... Jeszcze dla pewności wyszukałem przejazd normalnym trybem i oczywiście już biletów z promocji brak. Tak oto dałem wam na tacy przepis jak wydymać PKP zanim PKP wydyma was. Dobranoc.

środa, 24 sierpnia 2016

O tym jak komunikacja w Warszawie jest najlepsza w Polsce, ale najgorsza w kraju

Setki autobusów, dziesiątki tramwajów i jedyna na świecie sieć metra w kształcie krzyża. To wszystko brzmi jak przepis na miasto stworzone dla mieszkańców - ludzi bez samochodu. Niestety, tak jest tylko na papierze i w głowach marzycieli, którzy stoją w kolejce do PKSu gdzieś w byłym mieście wojewódzkim gotowi zacząć nowe życie w stolicy. Rzeczywistość wygląda mniej kolorowo, żeby nie powiedzieć - szaro.

Zacznijmy do tego co prawie od razu rzuca się w oczy - anizotropowość komunikacji publicznej. Anizotropowość oznacza wykazywanie odmiennych właściwości w zależności od kierunku w którym dana właściwość jest rozpatrywana. W przypadku Warszawy chodzi o czas. Jazda z dworca centralnego 5 km w dowolnym kierunku zajmie 25 minut i prawie zawsze skorzystamy tylko z jednego środka transportu (dworzec centralny jak sama nazwa wskazuje znajduje się w centrum Warszawy, wiec w ogromnym uogólnieniu poruszamy się po promieniu). Ale jeśli zażyczymy sobie podróżować 5 km w innym kierunku, to możemy sobie spokojnie dodać kilkanaście minut i ze dwie przesiadki no bo przecież nikt nie jeździ inaczej niż ze śródmieścia i do śródmieścia, więc po co się wysilać. Kolejna sprawa to komfort podróżowania komunikacją miejską. Pominę tutaj znaną wszystkim sytuację kiedy "menel jedzie tramwajem, a tramwaj jedzie menelem" i skupie się na odczuciach termicznych. Jest lato, jeszcze niedawno przez cały tydzień mogło być 30 stopni, a Pesy maja klimę ustawioną na 18. Dowiadywałem się i te 18 stopni mieści się w regulaminie (w tramwaju wyposażonym w klimatyzację powinno być 18-25 stopni). Oznacza to, że lekko ubrani, rozgrzani i spoceni ludzie po wejściu od razu doznają szoku termicznego. Może inni są ze stali, może są dziećmi z lewego łoża husky i eskimosa, ale dla mnie taka jazda dwa razy dziennie zawsze kończyła się kłopotami ze zdrowiem. Na przystanku wolałem poczekać na rozklekotanego Konstala, albo iść na autobus, bo w Konstalach nie było klimy, a kierowcy autobusu jeśli ją mieli, to zwykle oszczędnie ją dawkowali, bo chyba rozliczali ich z paliwa. Natomiast motorniczowie bimbajów na stałe podłączonych do trakcji lekką ręka robią z nich lodówki na szynach. Wspomnę jeszcze o rozkładzie jazdy. W godzinach szczytu nie ma czegoś takiego jak rozkład jazdy. Wiesz, że autobus jeździ co 10 minut, więc jak wyjdziesz o dowolnej porze, to może od razu podjedzie, może trzeba będzie poczekać - loteria. Przeboje na trasie do twojego przystanku gwarantują, że autobus nie przyjedzie o tej porze, którą ktoś buńczucznie założył drukując rozkład. Raz, ok. 17:00, wyszedłem na taki codziesięciominutowy autobus na pierwszym przystanku za pętlą. Czekałem pół godziny. Tramwaje? Są trochę dokładniejsze, ale jak tylko któryś się rozkraczy np. w śródmieściu, to klękajcie narody. Setki ludzi na ulicach, tysiące ludzi na przystankach, dziesiątki tramwajów stojących w korku jeden za drugim. Nikt nic nie wie, dzieci płaczą, dorośli przeklinają, PKB spada na łeb na szyję. TRAGEDIA.

Inna sprawa - taksówki. "Skoro psioczy na komunikację publiczną, to pewnie wozi się taryfami, banan jeden". Nie miniecie się z prawdą, od jakiegoś czasu tak jest, ale oczywiście wrodzone skąpstwo popycha mnie ku tym najtańszym. Każda licencjonowana taksówka w Warszawie ma na szybie kartkę z wysokością stawek za km itp. Ceny wahają się pomiędzy 1,60 i 2,40 za kilometr, a opłata za trzaśnięcie drzwiami to najczęściej 8 zł. Tylko z jakiegoś powodu jak jadę te 5 km ze śródmieścia, to za tańszą taryfę płacę 22 zł, a jak trafi się ta droższa to od razu 50. Już ileś razy wracałem o podobnych porach różnymi taryfami i jakoś nigdy nie trafiłem nic pomiędzy. Nie mam pojęcia jak to jest liczone, ale jak raz jechałem tą tańszą, to w radiu leciało disco-polo, a w tej droższej Deep Purple, więc może to dlatego.
Skoro taryfa nie pasuje, to może Uber? Nie trzeba gotówki i z góry wiadomo ile skasują. Brzmi jak ideał. Pod warunkiem, że jeździmy po dzielnicy, w której mieszka kierowca Ubera, ewentualnie z/do centrum. Mam wrażenie, że kierowcy Ubera mają swoją strefę komfortu, po której się poruszają i chyba nie oglądali Grzesiaka, bo boją się z niej wyjść, a raczej wyjechać. Podczas dłuższego kursu okazuje się, że nawet z nawigacją nie potrafią zjechać z obwodnicy, a jeśli akurat sam nie do końca wiesz gdzie jechać to wysadzą cię niby tam gdzie jest adres, ale tak naprawdę kilometr od wejścia (np. na tyłach szpitala). A nawet jeśli wiesz jak jechać, to i tak skręci nie na tym skrzyżowaniu co trzeba bo kierowca ma na imię Stanislau i ma tak twardy akcent, że go nie idzie zrozumieć i pewnie vice versa. Wole już zapłacić więcej wąsatemu Januszowi w kremowym baleronie z kogutem na dachu, ale przynajmniej mam pewność, że ominie korki i odstawi mnie tam gdzie trzeba.

Ok, no to wydaje się, że jedynym wyjściem będzie rozbicie świnki skarbonki i kupienie jakiegoś dojechanego trupa w gazie. Zgadza się - tak się tylko wydaje. Usłyszałem kiedyś, że w Warszawie jest milion samochodów i tylko 40 000 miejsc parkingowych. Nie wiem ile w tym prawdy, ale po krótkiej obserwacji obstawionych autami skwerków, podwórek i krawężników stwierdzam, że to jednak sama prawda. Bez wykupienia miejsca parkingowego będziemy skazani na krążenie po okolicy, aż znajdzie się jakiś frajer, który akurat będzie musiał gdzieś wyjechać samochodem i pewnie pluje sobie właśnie w brodę, bo obstawił taką dobrą miejscówę zaraz przy klatce. Ale nawet jak wykupimy miejsce w garażu podziemnym (za ok. 35 000 zł), to mimo uprzywilejowanej roli na osiedlowym parkingu będziemy musieli uczestniczyć w ruchu ulicznym razem z resztą proletariatu. A jeśli pracujemy od 9 do 17 to oznacza, że jesteśmy w gównie po kokardy, bo w tych porach ruch uliczny na amen zatyka trasy we wszystkich popularnych kierunkach (czyli najczęściej z twojego osiedla do twojego miejsca pracy).