niedziela, 12 lutego 2012

Małe podsumowanie

Obecnie jeśli chodzi o zmagania z szarą rzeczywistością, to jestem w odwrocie. Moja Alma Mater zagrała znaną kartą "jak nie wrócisz, to się nie obronisz", więc, pełen pokory, rzuciłem się w wir nudy i rutyny...

Aż dziw, że do tej pory mojego bloga odwiedzono (bo raczej nie przeczytano) 2700 razy. Poniżej podaje hasła, dzięki którym przypadkowi użytkownicy wyszukiwarki Google trafiali na mojego bloga i niewątpliwie otrzymywali to czego szukali:

- prasa hydrauliczna do błotników
- wektor siły
- krajobrazy związane z fryzjerstwem
- samochód fuck yeah
- schemat światła schodowego
- silnik bmw w pociagu
- świstak na emeryturze
- jaką elektrownię atomową
- lexus dla dzieci
- facet w dresie
- wady garażu podziemnego
- jaja zdjęcia z lądka zdrój
- gorzelnia na ziemniaki
- policja w klatce schodowej
- schematy elektryczne klatki schodowej
- nowoczesne klatki schodowe
- zapasowe centrum dowodzenia
- samochod z jednej strony jedne drzwi a z drugiej dwa










poniedziałek, 28 listopada 2011

Lords of the Boards. Zermatt, 27 listopada 2011

Jak to każda wspaniała historia, również i ta miała swój początek podczas imprezy, na której za kołnierz się nie wylewało, a z okien leciały krzesła.
- Let's go snowboarding on Sunday! - krzyknął ktoś.
- Fuck yeah! - odpowiedzieli chórem współbiesiadnicy.
Po całym dniu rekonwalescencji okazało się, że ciągle drzemią w nas resztki determinacji, więc po odszukaniu dogodnego połączenia pociągowego udaliśmy się na dworzec. Nasz plan posiadał jednak wady. Żeby przejechać za darmo musieliśmy spędzić 4 godziny w środku nocy w jakimś zapomnianym przez Boga i ludzi szwajcarskim pustkowiu. Mają tutaj na peronach ogrzewane poczekalnie nazwane przez nas 'hobo suites', ale w jednym dawało się odczuć swąd treści żołądkowych, które w przyspieszonym tempie opuściły swojego właściciela, a w drugim znaleźliśmy jednego pana, który najwidoczniej tak był zmęczony po pracy w gorzelni (poznaliśmy po zapachu), ze zasnął na ławce. Nic to! Jako, że nie mieliśmy dużych wymagań rozbiliśmy kemping na betonowej podłodze na samym dole klatki schodowej na pobliskim parkingu podziemnym.
Po niespokojnej nocy i odnalezieniu przez kolegę w jego śpiworze cudzych gaci (śpiwór był pożyczony) mogliśmy kontynuować naszą podróż. Kolejka zębata zawiozła nas do samego centrum Zermatt, które wyglądało jak wyjęte z obrazka na opakowaniu tabliczki czekolady.
Source: Wikipedia
Wskazówka dla poruszających się samochodem: do Zermatt ze względów ekologicznych wpuszczane są tylko samochody o napędzie elektrycznym.
Po zakupieniu skipassu załapaliśmy się do gondolki, która bez przesiadek, po wielu zakrętach, jeździe w górę i czasem w dół dowiozła nas do stacji Trockener Steg.
Przedziwny zbieg okoliczności sprawił, że dwóm Australijczykom mniej więcej w tym samym czasie zaginęły portfele. Na szczęście w ciągu 30 minut można je było, odnalezione, odebrać u obsługi.
Następnych kilka godzin minęło nam następująco: wyciągiem w górę, zjazd w dół, powtórz. Było do wyboru kilka tras, jednak jak to na lodowcu, były fragmenty oblodzone niczym pochyłe lodowisko, zwłaszcza po włoskiej stronie.
Zapamiętać: zawsze zakładać kask. Podczas jednego przyglebienia zapewne oszczędził mi wstrząśnienia mózgu. Niestety, kaskowi nie udało się tego przetrwać w stanie nienaruszonym.
Mam dziwne szczęście fotografować helikoptery w akcji. Mam nadzieje, że tym razem nikomu nic się nie stało.

Wycieczka na długo zapadnie mi w pamięć. Pierwszy zimowy wypad w prawdziwe góry, kraksy, wspaniałe towarzystwo, zakwasy... A jak! Jeśli kończyć staż, to z pierdolnięciem! ;p
 
Jako bonus, po prawie dwóch miesiącach, umieszczam filmik z tego wiekopomnego wydarzenia.
 

czwartek, 10 listopada 2011

Nie ma takiego miasta – Londyn! Jest Lądek, Lądek-Zdrój, tak... Londyn, 4-7 listopada 2011


Na szczęście w EasyJet panuje internetowa samoobsługa, więc z drobną pomocą GoogleMaps odnalazłem Londyn i zarezerwowałem bilet, a w samolocie było miejsca na nogi mniej niż w trzecim rzędzie siedzeń w małym fiacie.

Pogoda nie zawiodła - zimny wiatr, ale przynajmniej nie padało.
Miejscówa do spania nazywała się St. Christopher's Village. Tani hostel z pubem na parterze.Obsługa młoda, dostosowana do klienteli. Krany angielskie, niedostosowane do ludzi ceniących sens i zdrowy rozsądek.

Pierwszego wieczora niewiele się działo. Byłem zmęczony po całym dniu w robocie i przydługiej podróży, więc skosztowałem Murphy's Stout, a po namowach współuczestników sprawdziłem jaki efekt na organizm wywierają osławione Jägerbombs. Okazało się, że efektem była wzmożona senność.

W sobotni poranek spędziłem znowu w tym samym pubie racząc się darmowym śniadaniem. Łatwo się domyśleć, że darmowe oznacza słabe - kawa/herbata, i tost z masłem/dżemem.

Atrakcja numer 1: St. Paul Cathedral. Zupełnie przypadkiem obok otwarto namiotowe miasteczko anarchistów z okazji zamiejscowego okupowania Wall Street.


 Po wcześniej wspomnianym śniadaniu energi nie starczyło mi na długo, więc po doturlaniu się metrem do Covent Garden nawiedziliśmy pub The White Lion. Jedzenie angielskie, obsługa polska, wszyscy na potęgę zamawiali fish and chips, a ja wyłamując się ze schematu zażyczyłem sobie chargrilled chicken burger.

Muszę zaznaczyć, że w metrze czuje się bardzo swojsko. Pajęcze zmysły wytężone, nerwy napięte jak postronki, wszystkie wolne zasoby oddelegowane do pilnowania rzeczy osobistych przed nieuprawnionym dostępem. Niestety nie wszyscy uczestnicy wycieczki byli świadomi zagrożeń związanych z podróżowaniem środkami transportu masowego co ktoś niecnie wykorzystał krojąc jedną koleżankę z portfela.
Takie oto drzewo herbowe rodem ze Szwajcarii znajduje się na którymś z placów którego nazwa wyleciała mi z głowy. To był chyba ten plac z outletem M&M.

Widziałem pałac buckingham, picadilly circus, leicester square, palace of westminster wraz z big benem, downing street, trafalgar square, dużo policji...
"Dużo policji" znaczy: od groma. Wieczorem co chwila słychać było syreny i widać było furgonetki pełne policjantów. Chyba jakaś manifestacja gdzieś się odbywała, ale musiała być tak mała, że mi umknęła.

Wieczorem zwiedziłem kolejne puby w okolicy London Bridge poznając kolejne smaki wyspiarskich piw i burgerów.

Postanowiłem, że niedzielne śniadanie będzie śniadaniem angielskim. Zniżka w lokalnym pubie pozwoliła na zakup niskim kosztem dania składającego się z sadzonego jajka, kiełbaski, fasolki, paru grzybków, bekonu i krążka z kaszanki. Generalizując, można to określić jako dobrze wysmażony zawał serca skropiony HP sauce.

Pierwszym punktem sobotniej wycieczki był Tower of London - jakoś mi nie zaimponował, a cena biletu po zniżce wywołała pusty śmiech. Udałem się potem na Baker Street gdzie obejrzałem z zewnątrz dom Sherlocka Holmesa i zjadłem lunch w pubie "The Volunteer", w którym bez wątpienia stołował się fikcyjny detektyw (fish and chips, dostępny również na polskim wybrzeżu jako dorsz z frytkami). Następnie udaliśmy się do Museum of Science gdzie do znudzenia można było oglądać statki, samochody, silniki parowe, turbiny, rakiety, lądowniki księżycowe i pierwsze komputery. Po szybkim odświeżeniu się w hostelu udaliśmy się dość liczną grupą w rejon Tower Bridge. Znaleźliśmy tam włoską restaurację z przystępnymi cenami i nieziemskim widokiem. Przez wielką, szklaną ścianę można było zobaczyć z jednej strony H.S.M. Belfast, a z drugiej Tower Bridge w fioletowej iluminacji. Niestety zjedzona tam pizza nie nasyciła mnie w stopniu wystarczającym do kontynuowania pub crawlingu w zamierzonym, olimpijskim tempie dlatego w następnym lokalu "Horniman at Hay's" oprócz ale skonsumowałem też kolejnego burgera. Następnym lokalem na naszej drodze był "Bunch of Grapes", ale szynkarz nie ugościł nas na dłużej, bo właśnie zamykał interes. Potem był "St. Christopher's Inn", gdzie spotkałem starych znajomych z Baden, którzy już ukończyli staż i, razem, udaliśmy sie do "Belushi's" gdzie zakończyłem tę niedzielną eskapadę.

Poniedziałek opiszę w telegraficznym skrócie.

Łażenie wszędzie z tanią walizką z niemieckiego kauflandu.
The Globe.
Kawa i muffin (bułka z bekonem na ciepło).
Chodzenie.
Lunch - Gloucesterchire Sausages.
Ślamazarny marsz
Łażenie po parku Regent: wiewiórki, gęsi i czaple.
Wiewórki to był gwóźdź programu. Jadły z ręki i wspinały się na nogi natręty jedne. Podobno to gatunek inwazyjny.
Niemalże pełznięcie.
Ostatni Guinness w pubie i na lotnisko. W samolocie wybrałem sobie miejsce w pierwszym rzędzie, przynajmniej miejsca na nogi dużo.
Wygląda na to, że to była ostatnia wielka wycieczka. Następny wpis pewnie będzie już z Polski.

wtorek, 18 października 2011

One weekend in Paris. Paryż, 13-17 października 2011.


Paryż kusił mnie od dawna. Nie byłem jednak zainteresowany dotarciem tam za pomocą samolotu (co wiązało się ze wstąpieniem do grona bezdomnych na kilka godzin nocnych na lotnisku w Genewie). O wiele bardziej podniecającym wariantem podróży wydawała się kolej wysokich prędkości, która zupełnie przypadkiem jedzie do Miasta Świateł bezpośrednio z Zurychu. Na tej trasie TGV osiąga najwyższą prędkość 320 km/h. Wrażenia z jazdy opisałem na poniższej ilustracji.

 Nie wgniata w fotel, nie rzuca pociągiem na prawo i lewo, krajobraz w oknie się nie rozmazuje i, co mnie najbardziej rozczarowało, nie zostawiamy po sobie płonących śladów na szynach... Nasze polskie Pendolino przestało mnie już ekscytować.

 Owego weekendu 13-17 października pogoda w Paryżu dopisała jak nigdy. Bezchmurne niebo sprawiło, że jeszcze bardziej urzekło mnie piękno dzielnicy w której się zatrzymałem. Chmary ludzi przemierzających ulice, których wygląd przyprawia o bezwolne upewnienie się czy portfel/telefon ciągle znajduje się w tej samej kieszeni, w której się go zostawiło. Mnóstwo egzotycznych, drobnych przedsiębiorców sprzedających szeroki asortyment badziewia, namawiających na każdym rogu do zakupu... Właściwie to oni nie byli tacy egzotyczni, bo to ja czułem się tam jak mniejszość etniczna. Klimat był cudowny.

 Bazylika Sacré-Cœur. Miałem do niej bardzo blisko. Chyba jakaś akcja z Kodu Leonarda Da Vinci się tu rozgrywała, ale nie chce mi się sprawdzać.

 Małże przy placu Saint Michel. Wewnątrz każdej muszli, oprócz małża, znajdował się bonusowy malutki krab. Pyszności! W sam raz do schrupania na przystawkę.

 Notre - Damme, zwiedzone pobieżnie i to tylko od zewnątrz, ponieważ akurat jadłem lody o smaku nutelli i żadne, nawet najsłynniejsze budownictwo sakralne nie mogło mnie odciągnąć od tej czynności. Chyba rozumiecie?

 Pierwsza wizyta w Luwrze. Właściwie to przed Luwrem. Właściwie, to tylko przechodziłem obok, nie chciało mi się wchodzić.

 Widok ludzi ustawionych na kształt opasłych węży wijących się u podnóży Wieży Eiffla, wyrażających chęć wjechania na górę przypomniał mi słodkie czasy niemowlęctwa, które spędziłem razem z mamą w kolejce do mięsnego. Po tej dramatycznej reminiscencji zrezygnowałem z zamiaru podziwiania wieczornej panoramy Paryża.

 Druga wizyta w Luwrze. Niestety zamknęli mi go przed samym nosem. Zwiedziłem go dopiero w niedzielne popołudnie. Musiałem się śpieszyć, bo do zamknięcia miałem 1,5 godziny. Oto co zobaczyłem:

 Chyba każdy widział Mona Lisę, nic nadzwyczajnego. Za to mało kto widział takie bezeceństwa jak to uchwycone powyżej.

Przestrzeń magazynowa, fanty gotowe do wystawienia na Allegro.

 Nawet się nie spodziewałem, że Wenus z Milo miała kaloryfer, a tu niespodzianka!

 Rada dla odwiedzających to miasto:
 Nie patrz na światła, patrz na samochody. Ludzie walą tłumem przez pasy na czerwonym jeśli akurat nic nie jedzie albo jedzie wolno albo odstęp miedzy samochodami jest na tyle duży, że da radę przebiec. Samochody też wjeżdżają na przejścia na czerwonym, więc zawsze trzeba mieć oczy dookoła głowy.

 Ostrzeżenie dla korzystających z komputera:
 Jakież było moje zdziwienie gdy okazało się, że tutejszy laptop z wierzchu niemal nie do odróżnienia od mojego ma zupełnie inny układ klawiszy. Niemieckie klawiatury to pikuś w porównaniu z francuskimi. Chyba z 8 liter pozamieniane miejscami, cyfry wklepuje się przy pomocy shifta, a reszta to już dowolna dowolność, z czego większość to zapomniane przez Boga i ludzi znaki z samego końca listy Wstaw -> Symbol.
 Więcej niespodzianek czekało na mnie w czeluściach francuskiego internetu. Otóż przed każdym filmikiem na Youtubie oczy i uszy me umilały francuskie reklamy, których to nie dało się w żaden sposób pominąć czy chociaż przewinąć, wyświetlane według niezrozumiałych dla mnie reguł.

 Tak oto minęły mi 4 dni, których długo nie zapomnę, podczas których przemierzyłem Paryż wzdłuż i wszerz (głównie za pomocą metra). Mam w planach jeszcze jedną podróż, którą z chęcią wam zrelacjonuję, ale o tym później...

wtorek, 20 września 2011

Sen ziszczony. Internationale Automobil-Ausstellung, Frankfurt, 17-18 września 2011.

Dowiedziawszy się, że we Frankfurcie odbywa się Internationale Automobil Ausstellung wsiadłem w pociąg o 5:50 rano i udałem się w 5-godzinną podróż do Niemiec. Na miejscu czekały na mnie następujące cuda i dziwy...

Lambo przywiozło ze sobą jedynie 3 samochody, z czego tylko jeden nowy. Dookoła był taki ścisk, że czułem się prawie jak w gdańskim tramwaju o 7:45 w poniedziałek.

Wtyczkowóz BMW. Czekamy z niecierpliwością (aż w Polsce będą ogólnodostępne punkty szybkiego ładowania). Przy okazji wspomnę, że Audi, Mercedes i BMW wysmerfowały sobie oddzielne hale w koło których jeździły przeróżne modele samochodów. W koło oczywiście od wewnątrz, w tle widać fragment toru.

Autobus w wersji cabrio. Jeśli się przyjrzycie, to w błotniku dostrzeżecie odbicie fotografa.

Mój niekwestionowany faworyt - Garbus! Do tej pory myślałem, że moim wymarzonym samochodem (z tej rozsądnej listy życzeń możliwych do spełnienia) jest nowe Camaro, ale po zajęciu miejscu w fotelu okazało się, że się do niego nie mieszczę.

Drinki roznosił ASIMO.

Ford z drzwiami otwieranymi pod wiatr i pod wektor siły ciążenia.
 
Majestatyczny zad Lexusa LFA, którym przyćmiewał okoliczne hostessy.

Dziecko z lewego łoża Toyoty i Subaru znane na dzielni jako Toyobaru

 Z takiego Citroena będą niedługo sprzedawać ziemniaki na rynku.

Aston Martin w wersji Zagato. Jeden z niewielu przykładów kiedy prasa hydrauliczna wytłacza nie błotniki, ale dzieła sztuki.

Tyle zostało z Mercedesa jak się milion ludzi kolo niego przewinęło.

WV Buggy. Do jeżdżenia po bałtyckich plażach, słonecznych i ciepłych przez cały rok!

KIA GT Concept. Zapewne wersja produkcyjna będzie krótsza, wyższa, z normalnymi drzwiami, innym przodem i będzie się nazywała Rio.

Najnowsza nowość od Porsche.

Może ja po prostu jestem zacofanym betonem z chrześcijańsko-konserwatywnego kraju, ale to już jest kurna przesada...

Frankfurt nocą. Miasto to podobno słynie na całą Europę z bankierów i burdeli. Bankierów nie było dane mi zobaczyć, ale chyba widziałem kilka dam nieciężkich obyczajów przed klubami gdzie toczyły się imprezy (o 11:00 rano w niedziele).

A po południu udałem się w długą i bogatą w przesiadki podróż do domu.

poniedziałek, 12 września 2011

Gryzonia - kraina świstaków. Lenzerheide, Churwalden, Chur, 10-11 września 2011.

W poprzedni weekend zawitałem w okolice miasta Chur, a dokładniej do Lenzerheide. Nie będę się za bardzo rozpisywał, bo zasób mojego słownictwa nie jest zbyt bogaty w wystarczająco spektakularne określenia geograficzno-przyrodnicze.


Wycieczka nosiła oficjalne miano 'Casual Hiking Weekend', zgodnie z tą maksymą nie przemęczając się za bardzo podjechaliśmy autobusem pod stację wyciągu i na wygodnych krzesełkach udaliśmy się na 2000 metrów.


W pełni sił, gotowy na casualowe schodzenie w dół.


Terytorium świstaka alpejskiego. Jeden z uczestników wycieczki prawie skręcił nogę wpadając nią do zdradziecko wykopanej nory tych spasionych wiewiórek.


Schodzenie schodzeniem, ale oderwany od komputera w biurze nawet nie mogłem się spodziewać jak niszczycielski efekt na moich łydkach wywrze ta wycieczka.


Niestety, wszystko na co miałoby się ochotę po dotarciu do tego jeziorka jest verboten.


Rzeczony świstak, w przeszłości zajmował się obróbką bezwiórową folii aluminiowej. Obecnie na emeryturze.

Następnego dnia dla odmiany weszliśmy na górę i zjechaliśmy na dół czymś w rodzaju toru saneczkowego, po którym "sanki" poruszały się po szynach. Temat rozwinę wkrótce, gdy zostaną mi użyczone materiały. Sam swojego aparatu nie wyciągałem, bo dość trudno byłoby robić zdjęcia podczas gdy przeciążenie usiłuje zamienić miejscami uszy z nosem.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Puk Puk. Kto tam? Elektrownia. Jaka elektrownia? Atomowa, k*rwa. Leibistadt, 27 sierpnia 2011.

Wybrałem się niedawno do tutejszego fryzjera. Nosiłem się z tym zamiarem już do dłuższego czasu, jednakże na drodze stała cena usługi. Musiałem zabezpieczyć aż 29 franków z mojego "funduszu marzeń spełnionych w niedalekiej przyszłości". Gdzieś ktoś kiedyś widział fryzjera, który obcina za 23 franki, ale fryzura kolegi, który mi go polecał nie wyglądała za specjalnie. Po wizycie wyglądam o wiele lepiej niż przed, jednakże nie były to najmilej spędzone chwile. Dziewczyna, która mnie obsługiwała strzygła mnie na karku maszynką jakby deski ręcznie heblowała. Nawet przypakowany fryzjer w sportowym obuwiu z Elbląga mnie tak nigdy nie potraktował.
Wracając do ceny. Inny kolega, który wcześniej był w tym zakładzie, doradził mi bym nie godził się na oferowaną mi szklankę wody, a upał był niesamowity, bo będzie mnie to kosztować dodatkowe 3 franki. Uprzedzony przez niego odmówiłem gdy doszło do tej propozycji, ale i tak ostatecznie zapłaciłem 31 chf, ponieważ dowalili mi 2 franciszki za żel do włosów.

To działo się w piątek. W sobotę natomiast byłem w elektrowni atomowej. Muszę powiedzieć, że po takiej wizycie nawet najbardziej zatwardziały zielony aktywista mógłby zrewidować swój światopogląd, ponieważ rozdawali tam długopisy!
Jako że w chwili mojej wizyty w elektrowni odbywał się coroczny "outage" (wymiana paliwa), to mogliśmy obejrzeć pracowników przy pracy.

Pan na zdjęciu powyżej bada poziom promieniotwórczości w komorze reaktora.

Tutaj widzimy symulator centrum dowodzenia. W razie Niemca na ścianach znajdują się dość wiekowe urządzenia, które są mniej podatne na awarie niż nowoczesne komputery widoczne na biurkach. Schemat stosowany również na Politechnice, jednak z pominięciem komputerów.

A oto makieta reaktora, turbin i generatora. Wszystko się ładnie świeciło i kręciło, a z komina chłodni (po prawej stronie, niewidoczny) pryskała na zainteresowanych wodna mgiełka.

W połowie zwiedziania mieliścmy przerwę na lunch ufundowany przez elektrownie. Na zdjęciu Nuka-Cola dostępna nieodpłatnie w dużych ilościach.


Skomplikowany proces utylizacji zużytego paliwa nuklearnego. Obsługa pozwoliła mi go wykonać osobiście.

Pastylki paliwa jądrowego gotowe do użytku. Niestety, nie można było sobie wziąć na pamiątkę.

Rzut okiem na elektrownię w pełnej krasie.

Pociąg o napędzie atomowym czeka na osiągnięcie odpowiedniego ciśnienia pary.

Później, tego samego dnia udałem się do źródeł termalnych w Bad Zurzach. Muszę stwierdzić, że Rwąca Rzeka z wodą o temperaturze 36 stopni zapewniała niewiarygodne doznania, jednak efekt psuły chmary emerytów...
W drodze powrotnej zahaczyłem o Niemcy by zjeść w restauracji stek w cenie szwajcarskiego kebaba i zaopatrzyć się w tanią jak barszcz pierś z kurczaka, bo w tutaj się nie przelewa...

Niedziela natomiast tak się stażystom przykrzyła, że postanowiliśmy udać się na żagle. Nie było okazji do rzeźbienia (oprócz dojazdu na czuja, bo gdzieś tutaj musi być jezioro!), ale i tak był to mile spędzony czas.

 Ja w łajbie na Zürichsee.

To by było na tyle. Może za tydzień znowu coś napiszę, jeśli następny weekend będzie urodzajny w przeżycia godne publikacji.