poniedziałek, 24 października 2016

O tym jak upadło dziennikarstwo internetowe

Dziennikarstwa nie kończyłem, nigdy nie pisałem do gazety, a jedyny dziennikarz jakiego znam z imienia i nazwiska to Clark Kent, więc nie czuję w posiadaniu mandatu do narzekania na cokolwiek w tej sferze, ale ponownie zastosuję zasadę "nie znam się, ale wypowiem się".

Na pewno większość z was odwiedzała portale informacyjne lub podobne. Na pewno większość z was zaciekawiona nagłówkiem kliknęła na jeden, czy drugi artykuł. Dostarczyciele treści internetowych żyją z reklam. Reklamodawcy płacą za klikanie w ich reklamy, a twórcy dostają swoją działkę, której wysokość w ten czy inny sposób jest uzależniona od ilości kliknięć. Nie dziwi więc, że starają się zwabić klienta wszelkimi metodami. Stary numer z okraszeniem nagłówka miniaturą z cyckami działa tylko na połowę internautów, więc trzeba sięgnąć po bardziej chytre sposoby.


Najbardziej prymitywną formę przyjmują nagłówki internetowych wydań tabloidów, ale serwisy informacyjne nie pozostają w tyle. Nie wszystkim dziennikarzom jest dane pisać o prawdziwej sensacji, o której z chęcią przeczyta każdy, więc czemu by nie zmienić swojego miernego artykułu o dupie w prawdziwą sensację poprzez użycie chwytliwego nagłówka? Przecież chodzi tylko o kliknięcie, a to czy czytelnik doczyta do końca czy od razu jednym ruchem myszki zamknie nowo-otwartą stronę to już drugorzędna sprawa. Przykłady można mnożyć.



Po lekturze artykułu okazało się, że to po prostu bardzo droga naczepa w której przed zawodami inhalują się sportowcy. Ale zabrzmiało jakby odkryli tonę koksu i anabolików. Bo miało tak zabrzmieć. "Udany powrót znanego polskiego boksera". O kurde, no to chyba Gołota albo chociaż Michalczewski, no nie? Zresztą więcej bokserów nie znam. Niestety, to tylko Krzysztof Zimnoch. I to nie wraca bynajmniej z pięściarskiej emerytury, tylko po 5 miesiącach od ostatniej walki. No to już znam jednego boksera więcej.

Bardziej urągającą dziennikarstwu techniką jest zabawa z tekstem. Wiadomo, im więcej wykrzykników tym artykuł bardziej gorący - "Skoda Superb ma już 15 lat!" Rzeczywiście. Niewiarygodne. Ale tak to mogą amatorzy pisać. Profesjonaliści mają chody u grafików, którzy walną kolorowy nagłówek na pół szpalty. Ale jesteśmy w internecie i jedyne co mamy dostępne to czarny tekst na białym tle w jednym rozmiarze. Nic nie szkodzi, bo mamy caps lock. Chyba jest jakiś zakaz pisania całego nagłówka capsem, ale często widzę, że poszczególne słowa przechodzą taką terapie i widzimy wtedy taki efekt: 



Czasami mam wrażenie, że dobór słów pisanych wielkimi literami jest całkowicie losowy i to po prostu jakiś glicz w Wordzie.

Inną sprawą jest ordynarny clickbait. Nagłówek praktycznie nic nie mówi o co chodzi, czasem ciężko stwierdzić o czym w ogóle będzie artykuł, ale użyta składnia sugeruje sensację i jedynym sposobem, żeby zaspokoić ciekawość jest kliknięcie w link: "Napił się wody i poparzył przełyk. Wiadomo, co było w butelce", "SZOK! Krzewy na cmentarzu mają kształt... [ZOBACZ]". Autor wie, że artykuł jest słaby, news raczej denny, ale kliki pozwalają mu spłacać kredyt, więc rozbudzi twoją ciekawość w każdy możliwy sposób.


Jest jeszcze jedna, dziwna technika, mianowicie dodawanie na końcu nagłówka haseł zamkniętych w nawiasy kwadratowe: "Galeria Metropolia w Gdańsku i peron SKM już otwarte [ZDJĘCIA]", "16-latek zbudował sondę i wysłał ją do stratosfery [WIDEO]", "Chylińska FOREVER! Warszawa podbita! [RELACJA Z KONCERTU]". Tutaj szczerze przyznam, że nie wiem o co chodzi. Czy to jakiś chochlik drukarski - notatka do samego siebie, którą przed wysłaniem zapomniano usunąć albo tagi nadawane w redakcji, żeby skatalogować artykuły? Może po prostu autor zdał sobie sprawę, że tak zagalopował się z koloryzowaniem nagłówka, że już nikt nie będzie wiedział o czym jest jego artykuł, więc dodał krótkie hasło na końcu, żeby czytelnik wiedział czego się spodziewać? [NIE WIEM O CO CHODZI]


Kiedyś, jak chodziłem do podstawówki, to uczono mnie żebym wysławiał się pełnymi zdaniami czyli nie zapominał o orzeczeniu. "Jerzy Stuhr ostro o Jarosławie Kaczyńskim: Hitler też miał tę umiejętność. Wiedział, jak od siebie uzależnić" - Ok, tu akurat jestem w stanie zrozumieć, że równoważnik zdania jeszcze nie wywołuje u korektora ataku wściekłości, poza tym Jerzy Stuhr ratuje ten nagłówek dodając od siebie brakujące orzeczenia. Ale co poniżej się wydziwia, to ja nawet nie będę się starał zgadywać.



W sposób opisany powyżej postępują internetowe portale i tabloidy, które żyją sensacją i wiedzą, że bez odsłon reklamodawca przestanie płacić, ale co z renomowanymi redakcjami, o długiej historii jako medium papierowe odkrywające dopiero dobrodziejstwa internetu? Na papierze jako tako trzymają poziom, ale w sieci dzieje się coraz gorzej. Po pierwsze do prowadzenia fanpejdża na fejsbuku zatrudniają chyba gimnazjalistów, oto przykład:



Niewiele brakuje a będą się pytali o stosunek czytelnika do nowej kreacji Małgorzaty Rozenek (raczej ambiwalentny). Nie polubiłem RP.pl dlatego, że interesuje mnie opinia innych czytelników, tylko dlatego, że doceniam rzetelną informację. Do tego dochodzi coraz częstsze stawianie w nagłówku pytań "tak" albo "nie":


Tu znowu Rzeczpospolita. O dziwo nie jestem pierwszym, który ubolewa nad taką konstrukcją, bo niejaki Betteridge opracował nawet prawo na ten temat (Prawo nagłówków Betteridge'a). W skrócie chodzi o to, że na pytania tak/nie postawione w nagłówku najczęstszą odpowiedzią jest 'nie', i to się sprawdza. Widząc taki nagłówek od razu udzielamy sobie prawidłowej odpowiedzi 'nie' i olewamy ten link i nie marnujemy czasu.

Czas na wnioski. Czy dziennikarze mają nas za debili? Czy ja jestem przewrażliwiony i czepiam się czego popadnie? A może ta cała sytuacja ma inne źródło? W czasach kiedy treści przelatują nam przed oczami na ekranach telefonów i komputerów przykucie uwagi czytelnika choćby na kilka sekund i wyżebranie jednego klika jest na wagę złota. Dostawcy newsów po prostu dostosowali się do rzeczywistości, w której papier jako nośnik informacji odchodzi do lamusa. Czytelnik coraz rzadziej płaci za treść w kiosku Ruchu, a rolę płatnika bierze na siebie reklamodawca. Czy powinniśmy się dziwić, że taka czy inna redakcja zrobi wszystko żeby ich produkt kliknęło jak najwięcej ludzi? Ta walka o konsumenta to walka o przetrwanie, a jak wiemy walkę o przetrwanie wygrywają najlepiej dostosowani.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz