środa, 24 sierpnia 2016

O tym jak komunikacja w Warszawie jest najlepsza w Polsce, ale najgorsza w kraju

Setki autobusów, dziesiątki tramwajów i jedyna na świecie sieć metra w kształcie krzyża. To wszystko brzmi jak przepis na miasto stworzone dla mieszkańców - ludzi bez samochodu. Niestety, tak jest tylko na papierze i w głowach marzycieli, którzy stoją w kolejce do PKSu gdzieś w byłym mieście wojewódzkim gotowi zacząć nowe życie w stolicy. Rzeczywistość wygląda mniej kolorowo, żeby nie powiedzieć - szaro.

Zacznijmy do tego co prawie od razu rzuca się w oczy - anizotropowość komunikacji publicznej. Anizotropowość oznacza wykazywanie odmiennych właściwości w zależności od kierunku w którym dana właściwość jest rozpatrywana. W przypadku Warszawy chodzi o czas. Jazda z dworca centralnego 5 km w dowolnym kierunku zajmie 25 minut i prawie zawsze skorzystamy tylko z jednego środka transportu (dworzec centralny jak sama nazwa wskazuje znajduje się w centrum Warszawy, wiec w ogromnym uogólnieniu poruszamy się po promieniu). Ale jeśli zażyczymy sobie podróżować 5 km w innym kierunku, to możemy sobie spokojnie dodać kilkanaście minut i ze dwie przesiadki no bo przecież nikt nie jeździ inaczej niż ze śródmieścia i do śródmieścia, więc po co się wysilać. Kolejna sprawa to komfort podróżowania komunikacją miejską. Pominę tutaj znaną wszystkim sytuację kiedy "menel jedzie tramwajem, a tramwaj jedzie menelem" i skupie się na odczuciach termicznych. Jest lato, jeszcze niedawno przez cały tydzień mogło być 30 stopni, a Pesy maja klimę ustawioną na 18. Dowiadywałem się i te 18 stopni mieści się w regulaminie (w tramwaju wyposażonym w klimatyzację powinno być 18-25 stopni). Oznacza to, że lekko ubrani, rozgrzani i spoceni ludzie po wejściu od razu doznają szoku termicznego. Może inni są ze stali, może są dziećmi z lewego łoża husky i eskimosa, ale dla mnie taka jazda dwa razy dziennie zawsze kończyła się kłopotami ze zdrowiem. Na przystanku wolałem poczekać na rozklekotanego Konstala, albo iść na autobus, bo w Konstalach nie było klimy, a kierowcy autobusu jeśli ją mieli, to zwykle oszczędnie ją dawkowali, bo chyba rozliczali ich z paliwa. Natomiast motorniczowie bimbajów na stałe podłączonych do trakcji lekką ręka robią z nich lodówki na szynach. Wspomnę jeszcze o rozkładzie jazdy. W godzinach szczytu nie ma czegoś takiego jak rozkład jazdy. Wiesz, że autobus jeździ co 10 minut, więc jak wyjdziesz o dowolnej porze, to może od razu podjedzie, może trzeba będzie poczekać - loteria. Przeboje na trasie do twojego przystanku gwarantują, że autobus nie przyjedzie o tej porze, którą ktoś buńczucznie założył drukując rozkład. Raz, ok. 17:00, wyszedłem na taki codziesięciominutowy autobus na pierwszym przystanku za pętlą. Czekałem pół godziny. Tramwaje? Są trochę dokładniejsze, ale jak tylko któryś się rozkraczy np. w śródmieściu, to klękajcie narody. Setki ludzi na ulicach, tysiące ludzi na przystankach, dziesiątki tramwajów stojących w korku jeden za drugim. Nikt nic nie wie, dzieci płaczą, dorośli przeklinają, PKB spada na łeb na szyję. TRAGEDIA.

Inna sprawa - taksówki. "Skoro psioczy na komunikację publiczną, to pewnie wozi się taryfami, banan jeden". Nie miniecie się z prawdą, od jakiegoś czasu tak jest, ale oczywiście wrodzone skąpstwo popycha mnie ku tym najtańszym. Każda licencjonowana taksówka w Warszawie ma na szybie kartkę z wysokością stawek za km itp. Ceny wahają się pomiędzy 1,60 i 2,40 za kilometr, a opłata za trzaśnięcie drzwiami to najczęściej 8 zł. Tylko z jakiegoś powodu jak jadę te 5 km ze śródmieścia, to za tańszą taryfę płacę 22 zł, a jak trafi się ta droższa to od razu 50. Już ileś razy wracałem o podobnych porach różnymi taryfami i jakoś nigdy nie trafiłem nic pomiędzy. Nie mam pojęcia jak to jest liczone, ale jak raz jechałem tą tańszą, to w radiu leciało disco-polo, a w tej droższej Deep Purple, więc może to dlatego.
Skoro taryfa nie pasuje, to może Uber? Nie trzeba gotówki i z góry wiadomo ile skasują. Brzmi jak ideał. Pod warunkiem, że jeździmy po dzielnicy, w której mieszka kierowca Ubera, ewentualnie z/do centrum. Mam wrażenie, że kierowcy Ubera mają swoją strefę komfortu, po której się poruszają i chyba nie oglądali Grzesiaka, bo boją się z niej wyjść, a raczej wyjechać. Podczas dłuższego kursu okazuje się, że nawet z nawigacją nie potrafią zjechać z obwodnicy, a jeśli akurat sam nie do końca wiesz gdzie jechać to wysadzą cię niby tam gdzie jest adres, ale tak naprawdę kilometr od wejścia (np. na tyłach szpitala). A nawet jeśli wiesz jak jechać, to i tak skręci nie na tym skrzyżowaniu co trzeba bo kierowca ma na imię Stanislau i ma tak twardy akcent, że go nie idzie zrozumieć i pewnie vice versa. Wole już zapłacić więcej wąsatemu Januszowi w kremowym baleronie z kogutem na dachu, ale przynajmniej mam pewność, że ominie korki i odstawi mnie tam gdzie trzeba.

Ok, no to wydaje się, że jedynym wyjściem będzie rozbicie świnki skarbonki i kupienie jakiegoś dojechanego trupa w gazie. Zgadza się - tak się tylko wydaje. Usłyszałem kiedyś, że w Warszawie jest milion samochodów i tylko 40 000 miejsc parkingowych. Nie wiem ile w tym prawdy, ale po krótkiej obserwacji obstawionych autami skwerków, podwórek i krawężników stwierdzam, że to jednak sama prawda. Bez wykupienia miejsca parkingowego będziemy skazani na krążenie po okolicy, aż znajdzie się jakiś frajer, który akurat będzie musiał gdzieś wyjechać samochodem i pewnie pluje sobie właśnie w brodę, bo obstawił taką dobrą miejscówę zaraz przy klatce. Ale nawet jak wykupimy miejsce w garażu podziemnym (za ok. 35 000 zł), to mimo uprzywilejowanej roli na osiedlowym parkingu będziemy musieli uczestniczyć w ruchu ulicznym razem z resztą proletariatu. A jeśli pracujemy od 9 do 17 to oznacza, że jesteśmy w gównie po kokardy, bo w tych porach ruch uliczny na amen zatyka trasy we wszystkich popularnych kierunkach (czyli najczęściej z twojego osiedla do twojego miejsca pracy).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz